Cykl felietonów i reportaży:
Gęsim piórem spisane - Grzegorza Dudzińskiego
Nasze pięć minut
Pięć minut… Mniej więcej tyle zajmuje wizyta w lokalu wyborczym, skreślenie swojego kandydata, wrzucenie głosu do urny. To nasze pięć minut. Przez tyle czasu raz na cztery lata jesteśmy potrzebni politykom. Potem wybrańcy narodu mają na głowie tyle ważnych spraw, że zapominają o swoich wyborcach – na najbliższe cztery lata…
Nasi politycy - wybrańcy narodu, mężowie stanu, elita narodu… Ile określeń, tyle nieporozumień. Wybrańcy zgoda, bo z wyboru, ale niestety tylko małej cząstki narodu. Na wybory idzie, optymistycznie oceniając, połowa naszych rodaków. Z tej połowy tylko mała część zagłosowała na danego polityka (albo raczej na jego ugrupowanie). Przy tak wielkiej absencji wyborczej nawet wybierany w sposób bezpośredni prezydent państwa nie jest de facto prezydentem wszystkich Polaków. Jest prezydentem większości tych, którzy poszli do urn wyborczych. W najlepszym przypadku bezstronny, rozsądny, mądry prezydent ma szansę zostać przywódcą mniej więcej połowy naszych rodaków. Tych, którym zależy…
Kolejne określenia – mężowie stanu, elita narodu. Ci sami, którzy przynoszą wibrator lub świńską głowę przed flesze fotoreporterów. Ci, co jeżdżą pijani samochodem, czy choćby wózkiem golfowym. Ci, co rechoczą nad gwałtem prostytutki lub chętnie pooglądaliby lesbijki w akcji. Ci, co z braku silnych argumentów chwytają po argumenty siły – fizycznie bądź werbalnie. Ci, co sprzedają ustawy, działki, zezwolenia. Bohaterowie afer prawdziwych i wydumanych, nagłośnionych i zamiecionych litościwie pod dywan. Czy naprawdę mówimy tu o tych „najlepszych z najlepszych”?
Wyborcy widzą na ekranie swoich telewizorów, co wyczynia ich kandydat. Widzą, że bardzo rzadko aktorzy tego teatru absurdów ponoszą odpowiedzialność za swoje czyny. Albo przyłapanego na gorącym uczynku polityka wybroni immunitet, albo koledzy partyjni, albo miejsce dotychczasowej afery zajmie kolejna i widzowie nie usłyszą już o finale poprzedniej. Czy można się dziwić, że zaczynają odbierać politykę jako mierny spektakl w podrzędnym teatrze? Czy naprawdę warto wydawać pieniądze na bilety? Może faktycznie lepiej zaoszczędzić i zostać w domu?
Pewien mój sąsiad z zasady nie ufa politykom i jeszcze nigdy nie był w lokalu wyborczym. Uważa, że jego jeden głos niczego nie zmieni. Czy aby na pewno? Przypomnijmy sobie chociażby ostatnie wybory prezydenckie – różnica głosów była tak niewielka, że w pewnym momencie w trakcie liczenia i wstępnych wyników późniejszy przegrany Jarosław Kaczyński wygrywał z Bronisławem Komorowskim. To, moim zdaniem, najlepszy dowód na ważność każdego głosu.
Pozostanie w domu jest oczywiście wystawieniem czerwonej kartki wszystkim politykom. Jest udaniem się na modną kiedyś emigrację wewnętrzną. Tyle tylko, że jednocześnie staje się przegraną całej demokracji, a co za tym idzie – nas samych. Skoro my nie wybierzemy mądrych ludzi na parlamentarzystów, to wybiorą za nas inni. I być może w Parlamencie zasiądą kolejne rzesze aferzystów, karierowiczów, błaznów czy zwykłych kretynów. Nie idąc do urn nawet nie możemy nikogo obwiniać o zły wybór. Sami zrezygnowaliśmy z jednego dostępnego nam narzędzia kontroli nad politykami – ze swojego krzyżyka.
To niestety jedyny dostępny wyborcom bat na polityków. Całą resztę narzędzi albo politycy zabrali sobie sami, albo my stopniowo im oddawaliśmy. Dla przykładu – bardzo niewielką rolę odgrywa dziś tzw. klasa – czyli coś, co posiadali niegdysiejsi mężowie stanu. Dziś specjaliści od PR wiedzą doskonale, że mało ważne, co ludzie mówią, byle często i po nazwisku. Miarą wartości polityka stała się popularność, medialność, nie mądrość życiowa czy rozwaga. O tym wiedzą wszyscy politycy i przy ewentualnym wyskoku kruk krukowi oka nie wykole. Po cichu mogą nawet zazdrościć pomysłu na zwiększoną popularność…
Niemal wzorcowym tego przykładem był Janusz Palikot i jego kariera w PO. Przypomnijmy sobie, ile razy szokował widzów swoimi nieco prostackimi happeningami czy, delikatnie mówiąc, niezbyt grzecznymi odzywkami wobec adwersarzy. Mówiąc mniej delikatnie powiedzielibyśmy o zwykłym chamstwie, które bardziej przystoi parobkom, niż politykom (że o mężach stanu nie wspomnę). I jak reagowała Platforma? Groziła paluszkiem, niczym zbyt dobrotliwa niania. „Oj, Januszku, bardzo brzydko zrobiłeś! Masz plamkę na bluzeczce, ale niania ci ją wypierze. Tylko już się więcej nie brudź!” – zdawali się przemawiać partyjni koledzy Januszka.
Wiedzieli doskonale, że Palikot wygrywa tym swoją popularność. Puszczali oko do społeczeństwa. Nikt, oprócz oczywiście przeciwników politycznych, Palikota nie potępił. Nikt nie powiedział, że nie poda mu ręki. Że taki ktoś nie powinien bywać na salonach, bo to dyshonor dla innych salonowców. W ten to sposób „Wersal się skończył” – i w tym jednym śp. Andrzej Lepper okazał się prorokiem. Sam Palikot jest oczywiście tylko jednym z przykładów świadomie rozgrywanego chamstwa politycznego. Przecież takich Kurskich, Niesiołowskich, Millerów czy Łyżwińskich ci u nas dostatek !
To oni podczas debat telewizyjnych zagłuszają się nawzajem. W tym samym czasie mówi jednocześnie dwóch, trzech, czterech polityków. Widz nie jest w stanie usłyszeć nawet jednego. Dlaczego doszło do tego, że nie możemy poznać argumentów obu stron? Partie zezwoliły politykom na kłótnie, a media ochoczo to podchwyciły. Przecież w końcu media żyją obecnie ze sprzedawania emocji. Widzowie i tak wiedzą, że po wyjściu ze studia zapiekli wrogowie zaczną ze sobą żartować, może razem pójdą na wódkę. I co z tego? Spektakl się toczy, a słupki popularności rosną.
W taki skrótowo ujęty sposób straciliśmy kolejne narzędzie oceny polityków. My po prostu czasem nie wiemy, o czym oni mówią. Miejsce rzeczowej dyskusji politycznej zajęła kłótnia i zwykły magiel. Z magla raczej do salonów daleko. Skoro jednak magiel staje się normą, nie wyjątkiem, to i przedstawiciele maglowej elity muszą przypominać bardziej Nikosia Dyzmę, niż dostojnych mężów stanu. Przecież w pamięci wyborcy najbardziej utkwią ci najbardziej charakterystyczni – najgłośniejsi, najbardziej brutalni, najbardziej szokujący. Właśnie tacy – bo przecież nie wiadomo, co tak naprawdę mają do powiedzenia. Skoro krzyczą głośno i z emocjami, to pewnie o czymś bardzo ważnym.
Politycy już nie rozmawiają o naprawie Rzeczpospolitej – oni starają się zagłuszyć wroga. Powiedzieć coś wrednego, co przedrze się do mediów i pozostanie w pamięci odbiorców. Bierzemy w tym udział, angażując emocje w kolejnych, niesamowicie ważnych sprawach. A tak naprawdę – w sporach ważnych tylko dla ludzi polityki.
Bardzo źle się stało, że naszą świeżo upieczoną demokrację oddaliśmy niepodzielnie w ręce partii politycznych. To partie ustalają, kto z danego ugrupowania ma być na pierwszym miejscu listy wyborczej, kto na następnych. To właśnie jest kolejny element, osłabiający wpływ wyborców na wybór konkretnego polityka. Nota bene to, co osłabia kontrolę społeczną, stanowi jednocześnie bardzo ważny budulec i spoiwo dla partii. Polityk nie musi być lojalny wobec swoich wyborców – wystarczy lojalność wobec partyjnych liderów. Nie zawsze te dwa zobowiązania są tożsame. W wyborach do Sejmu interes partii politycznych stał się ważniejszy od interesu społecznego.
Platforma w ostatnich wyborach obiecywała jednomandatowe okręgi wyborcze do Parlamentu. Mamy je tylko w przypadku Senatu. Jakoś tak się dziwnie składa, że przyszli senatorowie start do izby wyższej Parlamentu nie traktują jako nagrodę. Jest to wręcz oznaka niełaski partyjnej. Dlaczego – bo tu zdecydują naprawdę sami wyborcy, Wyobraźmy sobie okręgi jednomandatowe do Sejmu. Nagle mogłoby się okazać, że promowani przez partię liderzy wcale nie są liderami społeczeństwa. Że wyborcy wyżej ocenią samorządowca z dołów, niż kadrowca z partyjnej górki. Że zamiast chamskiego pana X z zarządu krajowego partii ludzie wybiorą rzeczowego pana Y z Psiej Wólki. Nagle świeżo wybrani posłowie mogliby poczuć w sobie misję i chcieć rozmawiać o naprawie Rzeczypospolitej, zamiast błyszczeć w mediach i atakować partyjnego wroga. W ten sposób, zupełnie nieoczekiwanie, zmieniłby się, być może, charakter partii. Która partia się na to zgodzi?
Można w nieskończoność wyliczać przywary polityków, ich oderwanie się od reszty społeczeństwa, wyliczać słabości ordynacji wyborczej czy, generalizując, demokracji. Czy są to jednak argumenty przeciwko udziałowi w głosowaniu? Moim zdaniem absolutnie nie. Trzeba mieć świadomość tych słabości i solidnie przygotować się na swoje pięć minut przed urną wyborczą. Trzeba starać się wybrać w sposób świadomy tych najlepszych kandydatów. Nieważne, z jakiej partii. Nieważne, z którego miejsca na liście wyborczej.
Najistotniejsza jest w tym wypadku pamięć. Czy dany kandydat walczył o założenie kanalizacji w Twojej wiosce? Czy bronił ludzi zwalnianych właśnie z likwidowanego zakładu? Czy szukał im nowych miejsc pracy? I co ważne – czy pomagał ludziom przed przyjazdem telewizji, czy po… Kolejna sprawa - czy mogłeś się dopchać do Pani Posłanki czy Pana Posła ze swoim problemem, czy też pani Kasia z sekretariatu Biura Poselskiego zapisała Cię na spotkanie za pół roku?
My jako wyborcy też musimy się do wyborów przygotować. Nie osądzać skuteczności polityka po pozorach, po sile krzyku czy malowniczości gadżetów. Bardziej istotne jest to, co dany kandydat tak naprawdę zrobił dla innych, jakim jest człowiekiem. Zadanie naprawdę bardzo trudne, obarczone ryzykiem błędu. Nie ma jednak innej drogi. Ktoś musi rządzić krajem i byłoby dobrze, gdyby byli to prawdziwi mężowie stanu.
Grzegorz Dudziński (13.09.2011)
Rezerwacja pokoi hotelowych On Line
Reklama
