Cykl felietonów i reportaży:
Gęsim piórem spisane - Grzegorza Dudzińskiego
Wydeptaliśmy drogę do siebie
27-letnia dziś Agnieszka Różycka zawsze wierzyła, że spotka tego jednego jedynego. Tego, który potrafi słuchać i rozumieć. Tego, który dla niej zagra balladę. I spotkała Macieja na pielgrzymce do Częstochowy! Ślub wzięli tuż przed Jasną Górą.
Od lat chodziłam na pielgrzymki ze swojego rodzinnego Gdańska do Częstochowy. Trasa jest bardzo długa, aż 16 dni. Jakoś tak się składało, że zawsze brakowało nam ludzi z gitarami. Iść taki kawał drogi, w deszczu, w rozpalonym słońcu, bez śpiewu to istna masakra. Nasza grupa przechodziła przez bydgoski Fordon i niektórzy nocowali tam u pewnego Piotra. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to kolega Macieja. W każdym razie Piotr pięknie grał. Niestety, wraz z kolegami chodził inną trasą. Zaczęliśmy namawiać go, aby poszedł z nami i umilił nam drogę. W końcu w 2001 dał się namówić. Poszedł, a wraz z nim po raz pierwszy zobaczyłam Macieja. Byłam wtedy świeżo upieczoną maturzystką.
On na mnie większej uwagi nie zwracał. Na inne zresztą dziewczyny reagował podobnie. Jedyne, czemu poświęcał się w całości to granie i śpiewanie. Robił to pięknie. Nic dziwnego, że trudno było go nie zauważyć. Właśnie ze względu na gitarę. Reszta, no cóż… Ogolony na łyso, krzykliwy, powiedziałabym nawet dość hałaśliwy. Był może przystojny, mógł się podobać, ale… Jakoś tak nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nic mnie nie ssało w żołądku na jego widok. Żaden piorun nie powalił mnie na kolana. Ot, kolega z pielgrzymki i tyle. W Częstochowie na pożegnanie nawet nie wymieniliśmy adresów.
Tak samo minęła kolejna pielgrzymka za rok. Pierwszy raz w zasadzie zdał sobie sprawę z mojego istnienia na trzeciej naszej wspólnej pielgrzymce tak szczerzej porozmawialiśmy. Dużo rozmawialiśmy, w zasadzie o wszystkim. Maciej potrafił słuchać. Wiedziałam, że to, co mówię płynie do niego, nie gdzieś obok. Czułam, że rozumie mnie i uważa za fajną dziewczynę. Niestety, okazało się, że już ma dziewczynę, taką na poważnie. Ja byłam chyba trochę w rezerwie, tak to wtedy odbierałam.
Po tej pielgrzymce dostałam swój pierwszy w życiu telefon komórkowy. Wiadomo, szał ogólny, ogromna radość. Wysyłałam SMSy do wszystkich znajomych. Nawet nie wiem skąd miałam numer Macieja. Napisałam mu „czy mnie jeszcze pamiętasz”. On oddzwonił i długo rozmawialiśmy. Po cichu ucieszyłam się, że Maciej zerwał z tamtą dziewczyną. Sam mówił, że to był przechodzony związek, wypalił się. Ona była trochę od niego starsza, myślała o pewnej stabilizacji. A to jeszcze Maćka tak nie pociągało. W styczniu 2003 spotkaliśmy się pierwszy raz w Gdańsku na imprezie u znajomych. Przetańczyliśmy całą noc. Potem kolejna impreza za miesiąc i jakoś tak naturalnie staliśmy się parą.
Rzadko się widzieliśmy, mniej więcej raz w miesiącu. W końcu 160 km odległości to spory wydatek na kieszeń studentów. Maciek uczył się w Akademii Muzycznej, ja studiowałam… Pozostawały nam maile, SMSy no i oczywiście coroczna pielgrzymka. Już jako para. Ale wcześniej, w maju, on wyznał mi miłość! Nie spodziewałam się tego kompletnie. Bo on zrobił to, jak to on. Po prostu po zajęciach poszedł na dworzec, kupił bilet, przyjechał do Gdańska. Kupił kwiaty, chciał mi zrobić niespodziankę. Ale już pod blokiem zamiast domofonu musiał użyć komórki – po prostu zapomniał numeru mieszkania! Wiedział, że bardzo lubię kolor niebieski, morze, dlatego zabrał mnie na plażę. Wybrał najwyższy punkt widokowy. Tam nieoczekiwanie wyznał, że mnie kocha. A mnie, jak na złość, zamurowało. Wzięłam kwiatka i tyle. Nic nie odpowiedziałam!!! Wybąkałam niezbyt mądrze, że musimy już wracać, bo spieszę się na próbę!!! On się wtedy musiał czuć! Wróciliśmy w milczeniu i Maciej wyjechał z Gdańska.
Potem długie godziny, gdzie różne myśli przelatywały mi przez głowę. Wyrzucałam sobie, że postąpiłam jak skończona idiotka. Może po tym Maciej już się do mnie nie odezwie? A przecież ja też go kochałam, tylko te słowa nie mogły przejść mi przez gardło! Dopiero następnego dnia poszłam nad morze i wystukałam w SMSie, że ja też…
A kolejnej pielgrzymce… uciekłam z domu. Mój ojciec pił, ja już miałam dosyć takiego domu. Wszystko wybuchło we mnie i pojechałam do Macieja. On przekonał mnie po tygodniu, że nie powinnam uciekać z domu jak zbuntowana nastolatka. Jak już, to całkiem odpowiedzialnie zabrać swoje rzeczy i wyprowadzić się. Przerwałam studia i zaczęłam pracować w Mc Donaldzie. Odłożyłam trochę i przeniosłam się do Bydgoszczy. Znalazłam pracę, wynajęłam pokój i w końcu wylądował w nim Maciej. Zamieszkaliśmy w końcu razem.
I znowu wziął mnie z zaskoczenia. Któregoś dnia po prostu wyłączył telewizor i zapytał, czy za niego wyjdę. Bez wstępów, bez pierścionka. Tym razem na szczęście nie zabrakło mi odwagi. Tydzień później razem kupiliśmy pierścionki i na imieninach babci Maćka powiedzieliśmy rodzinie o swoich planach. Cóż, entuzjazmu raczej nie było. Nie chcieliśmy mieć standardowego ślubu. Po pierwsze, nawet nie mielibyśmy na to pieniędzy. Byliśmy zdani tylko na siebie. Poza tym Maciej od 10 lat dorabiał graniem na weselach i nie chciał tego typu imprezy na początku swojej drogi.
Już od roku wspólnie omawialiśmy dziesiątkę różańca o określonej godzinie. Wcześniej na odległość, potem w Bydgoszczy już razem. I to było trudniejsze, niż wyznanie miłości. O miłości, pocałunkach, przytuleniach wszyscy mówią w miarę otwarcie, a o wspólnej modlitwie nikt. To coś najbardziej intymnego. Pamiętam, że za pierwszym razem zapomnieliśmy nawet, słów Zdrowaśki! Nikt nas nie przygotował na tak wielkie zbliżenie dwojga ludzi.
Ustaliliśmy, że pobierzemy się na pielgrzymce. Na ostatnim postoju przed Częstochową, w Kamyku. Trzeba było jeszcze tam dojść. Dziwna sprawa, ale w tym roku w zasadzie cały czas się kłóciliśmy. O byle co. Już wszyscy się zakładali, czy w Kamyku będzie ślub, czy nie. Teraz myślę, że to były nerwy przed czymś nieodwołalnym, ostatecznym.
A jednak do ślubu doszło. Znajomi pięknie ustroili kościół. Naszymi świadkami i gośćmi byli głównie pielgrzymi. Znaliśmy się przecież doskonale. Do kościoła wchodziliśmy pod rozpiętymi chustami pielgrzymkowymi. Sami wygłosiliśmy słowa przysięgi. Wesele też nam przygotowali – przy ognisku, pod gołym niebem. Z piciem i jedzeniem pielgrzymkowym. Było cudownie! Ja w białej suknie, Maciej w garniturze. Tańczyliśmy i wiedzieliśmy doskonale, że ci wszyscy ludzie dookoła dobrze nam życzą. Że się za nas modlą.
W weselnych strojach wkraczaliśmy na Jasną Górę. Oboje już w wygodniejszych butach, Maciej tradycyjnie z gitarą. Klęczeliśmy przed obrazem Matki Boskiej i było to coś niesamowitego. Czuliśmy, jakbyśmy byli tylko my i Maryja. Dziś mamy już dwójkę dzieci – 3-letniego Patryka i 1,5-roczną Polę. I pewność, że wspólnie będziemy iść przez życie. Tak, jak na pielgrzymce.
Grzegorz Dudziński
Rezerwacja pokoi hotelowych On Line
Reklama

Popularne branże
Najpopularniejsze tagi
sklepowych
geol
wypełnianie pitów
dżemy powidła marmolada soki
marketing miejsca
redukcjja tkanki tłuszczowej
filtry
na
bilanse
utrzymanie
śmieci
reflektory
formowane
stomatolog
tatologia