Cykl felietonów i reportaży:
Gęsim piórem spisane
- Grzegorza Dudzińskiego

 

 

Monika w krainie czarów

 

Monika ma dopiero 36 lat. Dziś czuje się bardzo zmęczona. Czy możliwe, że dotąd nie żyła tak naprawdę? Czy można pewnego dnia obudzić się w zupełnie innym świecie? Czy można zachorować i stracić tak wiele? Czy ona i jej synek nie zasługują na miłość, na szczęście? Ile takich pytań zniesie słaba kobieta?


Monika mieszka w Nakle. Teraz żyje kątem u mamy w małym mieszkanku w bloku. Ona i jej 10-letni synek Igor. Chłopiec cierpi na autyzm. Ma swój zamknięty dla innych świat. Czasem dopuszcza tam na chwilę Monikę lub jej mamę. Jak każde dziecko potrzebuje taty. Igor swojego jednak nie rozpoznaje. Zbyt mało doznał od niego ciepła, miłości, czy choćby zwykłej uwagi. Tata jest dla Igorka kimś, kto czasem przyjdzie i coś do niego mówi.

- Moje małżeństwo trwało 11 lat. Po urodzeniu Igorka wszystko się zmieniło – wzdycha Monika. Synek rozwijał się wolniej, niż inne dzieci. Lekarze byli zaniepokojeni, ciągle zlecali nowe badania. W końcu diagnoza, jak wyrok: autyzm. Monika nigdy nie zadała sobie pytania, czy da radę wychować takie dziecko. Czy starczy jej sił. Musiało wystarczyć, w końcu była matką.

- Mój mąż okazał się zupełnie niedojrzałym emocjonalnie facetem. Nie pomagał przy Igorku, miał coraz więcej pretensji – wspomina Monika.
O co? O wszystko. O to, że Monika nie pracuje i on sam musi utrzymywać rodzinę. O to, że rodzice Moniki pomagają za mało. O wiele większych, czy mniejszych spraw życia codziennego. Monice brakowało sił, w końcu ile można wypłakiwać po kątach?


Świat Moniki się kurczy
Kolejny cios nadszedł niespodziewanie. Igor miał wtedy dwa latka. Tego dnia Monika była bardzo rozdrażniona, zdenerwowana. Nic dziwnego – mąż nie dał jej ani grosza, a ona nie miała na jedzenie. Niewiele z tego dnia pamięta. Wie, że pożyczyła od matki 30 zł, zrobiła zakupy, wróciła do domu.

Co się stało potem, zna z relacji innych. Pod wieczór mąż Moniki zadzwonił do jej matki. Był wyraźnie zaniepokojony. Krzyczał w słuchawkę, że coś się dzieje z Moniką. Wymiotuje, nie ma z nią żadnego kontaktu.
Rodzice Moniki szybko podjechali do wynajmowanej przez córkę i zięcia kawalerki. Mąż obmywał Monikę z wymiocin, miotał się bezradnie po mieszkaniu. Nawet nie wezwał pogotowia. Zrobiła to teściowa. Monika trafiła od razu na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej bydgoskiego Szpitala Wojskowego. Była w śpiączce. W jej mózgu lekarze wykryli spory krwiak. Nie wiedzieli, co było powodem wylewu.

- Ja sądzę, że to te nerwy. Przecież ja już byłam u kresu sił… - uważa Monika.
Rokowania początkowo były niepomyślne. Lekarze nie dawali kobiecie większych szans na przeżycie. Zajmował się nią jeden z najlepszych bydgoskich neurochirurgów. Monika obudziła się po pięciu dniach, ale do radości było jej daleko.

- Pan profesor powiedział wprost, że już nigdy nie będę w pełni zdrowa. Ja początkowo w to nie wierzyłam. Mój mąż zresztą też nie. Myśleliśmy, że to w końcu minie, jak zwykła grypa – kobieta uśmiecha się smutno.
Nie minęło. Monika wróciła do Nakła w strasznym stanie. Nie mogła sama zmienić sobie bielizny. Nie mogła sama wykonywać najprostszych czynności. Przeniosła się z mężem i synem do mamy.

- To była decyzja męża. On mówił wprost, że nie będzie w stanie się zająć i mną, i dzieckiem – wyznaje cicho Monika.
Dla Moniki zaczął się trudny czas odzyskiwania zdrowia. Kolejne wyjazdy na rehabilitacje, kolejne szpitale. I zawsze ta świadomość, że nie mam przy niej jej męża. On wtedy pracował, był zajęty. Tak to sobie tłumaczyła…


Nowa iluzja Moniki
Rok po wylewie mąż Moniki przyszedł i oświadczył, że właśnie… kupił dla nich mieszkanie! Będą spłacać raty, muszą je wyremontować, ale to będzie ich własne gniazdko.
Monika cieszyła się, jak nigdy dotąd. On – jej mężczyzna – zadbał o przyszłość dla nich. Będą wreszcie na swoim! Nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby zapytać o akt notarialny, posprawdzać szczegóły.

- Ja go naprawdę kochałam i wierzyłam mu ślepo. Jak coś było nie tak, to starałam się tłumaczyć wszystko na jego korzyść. Ja go tak naprawdę chyba w ogóle nie znałam – przyznaje gorzko Monika. Mąż znowu znikał z domu. Rano szedł do pracy. Wracał na chwilę, jadł obiad i biegł remontować nowe mieszkanko. To było naturalne – przecież wszystko robił dla nich… Opieka nad Moniką i Igorem spadła na matkę.

Do nowego mieszkania wprowadzili się po roku. Piękne, świeżo wyremontowane. Łazienka ze specjalnymi udogodnieniami dla osób niepełnosprawnych. Takimi osobami była Monika ze sparaliżowaną częściowo prawą stroną ciała, i synek Igor z autyzmem.
Za część remontów zapłacił Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. - Mogłam już trochę porobić wokół siebie, odkurzać, posprzątać, zająć się dzieckiem – wylicza ta rencistka pierwszej grupy.

Cztery lata temu Monikę odwiedzili teściowie. Zapewnili, że dadzą pieniądze na to, aby ich syn skończył studia. Z tytułem magistra dostanie wyższe stanowisko w swoim zakładzie pracy, będzie więcej zarabiał. Monika początkowo bardzo się cieszyła. Przejrzała na oczy, kiedy mąż zaczął studiować zaocznie.

- Pewnie już wcześniej to się działo, ale ja dopiero zaczynałam się budzić. Mąż odsuwał się od nas coraz dalej. Wiadomo – na studiach zdrowe koleżanki i koledzy, a w domu chora żona i chory syn. Już nie istniałam dla niego, jako kobieta – przyznaje Monika.

Prawdziwy świat Moniki
Monika wiedziała o tym, że koledzy z pracy męża robili zrzutki na rehabilitację jej i Igorka. Firma co pewien czas dawała zapomogi – właśnie na opiekę nad chorymi. Tych pieniędzy Monika nigdy nie ujrzała. Nie miała zresztą o to pretensji. Przecież trzeba było spłacać raty za mieszkanie, kończyć remont. Mąż kupił też samochód…

- Ja nigdy nie widziałam żadnych dokumentów, bo po co? Ufałam mężowi, że on to wszystko robi dla nas. Nie myślałam, że pewnego dnia obudzę się w zupełnie innym świecie, przy boku zupełnie innego człowieka – wzdycha Monika. Rok 2010, sobota przed wyborami prezydenckimi. Nic nie wskazywało na to, aby dla Moniki i Igora ten dzień stał się jakąś szczególną datą. A jednak…

- Mąż powiedział wprost, że mnie nie kocha. Rzucił, że mam wyp… z tego mieszkania i wziąć sobie Igora w promocji – Monika zaczyna płakać. To jednak nie był koniec straszliwych wieści. Kobieta usłyszała, że ich wspólne mieszkanie tak naprawdę notarialnie jest wykupione na jedną siostrę męża, a samochód – na drugą siostrę. Monika i jej mąż według papierów mają niewiele – ot, trochę mebli i ubrań… Kobieta nie mogła w to uwierzyć.

- Początkowo myślałam, że to jakiś jego paskudny żart. Chce mnie wystraszyć i potem śmiać się, że w takie bzdury uwierzyłam. A jednak była to prawda! – kobieta załamuje ręce. Przepłakała całą noc. Rano przyszła jej mama i poznała całą historię. Wzięła Monikę i Igora na kilka dni do siebie. Też myślała, że to nieprawda. Że po kilku dniach wszystko wróci do względnego spokoju. Nie wróciło. Monika zażądała alimentów. Mąż wniósł sprawę o rozwód. Szwagierka wymieniła zamki w swoim-nie swoim mieszkaniu. Teraz do boju ruszyli prawnicy. Szwagierka przesyła Monice listy z żądaniami opłat za magazynowane meble. Szwagierka, która jest matką chrzestną Igorka…

Monice dziś wszystkie szczegóły układanki zaczynają pasować. Mąż chciał odejść i dlatego przepisał wszystko na swoją rodzinę. Dodatkowo mógł pobierać z firmy ekwiwalent za brak mieszkania służbowego. Mąż wybrał inne życie, z dala od chorób i kłopotów.

- Nie wiem, jak się to wszystko skończy. Największemu wrogowi nie życzyłabym, aby tak zawiódł się na ukochanej osobie. Chorobę łatwiej znieść, niż taką podłość – uważa Monika. Mąż Moniki nie chciał rozmawiać z dziennikarzem. „Nie będę niczego komentował w tej sprawie” – skwitował sucho.

Grzegorz Dudziński
(Gazeta Pomorska, 24.12.2010)

powrót do menu

blog comments powered by Disqus

Rezerwacja pokoi hotelowych On Line

Reklama

Mapy papierowe drogowe i turystyczne, z-card, mini mapy

Popularne branże

Najpopularniejsze tagi