Cykl felietonów i reportaży:
Gęsim piórem spisane
- Grzegorza Dudzińskiego

 

 

Dlaczego właśnie tu ?


Dziennikarstwo zawsze było dla mnie wielką pasją. Powiem więcej – pewną misją do spełnienia. Niezależnie od tego, czy pracowałem w „Gazecie Wyborczej”, czy w „Fakcie”, zawsze starałem się coś moimi artykułami przekazywać innym. Obiektywnie i zgodnie z sumieniem.


Takie założenia były trudne do spełnienia już kilkanaście lat temu. Wtedy jednak miałem szczęście do niezwykłych ludzi, którzy sami takie zasady dziennikarstwa wyznawali. W redakcjach przeważali prawdziwi dziennikarze z krwi i kości. Dziś sytuacja zmieniła się diametralnie. Nakłady wielkich dzienników i czasopism lecą na łeb, na szyję. Mówi się, że niebawem cała prasa drukowana odejdzie do lamusa.


Podstawowy powód to ubożenie społeczeństwa. Wobec dylematu, czy kupić chleb, czy gazetę, wybór jest prosty. Kolejnym powodem jest olbrzymia przewaga mediów elektronicznych (tv, internet) nad słowem pisanym. Zanim gazety wydrukują bulwersującą wypowiedź polityka, media elektroniczne już są dawno po komentarzach do tej wypowiedzi. Warto też zaznaczyć, że telewizja i internet w większym stopniu operują obrazem – czyli łatwiejszym w odbiorze środkiem przekazu. Są też przyczyny wewnętrzne stopniowego spadku nakładów prasy drukowanej, jak rozpoznana przez czytelników stronniczość, nierzetelność, zaangażowanie w bieżącą politykę, efekciarstwo itd. Przyczyn jest mnóstwo, a wszystkie skutkują tym, że redakcje muszą oszczędzać. Czy myślicie Państwo, że oszczędności swoich szukają w sięgających kilkunastu, kilkudziesięciu czy kilkuset tysięcy pensjach kadry zarządzającej? Otóż nie. Praktyką niemal powszechną stało się wymuszanie, aby dziennikarze zakładali jednoosobowe firmy. Piszą swoje teksty na tych samych komputerach redakcyjnych, warunki pracy w żadnej mierze się nie zmieniają – a jednak ci reporterzy są już biznesmenami. Redakcja ma z głowy ich ZUSy, urlopy, chorobowe i wiele innych opłat. Kolejne cięcia to obniżanie pensji doświadczonym dziennikarzom lub zwalnianie ich pod byle pretekstem. Na ich miejsce znajdą się młodzi zapaleńcy, którzy za grosze (czy wręcz za nazwisko pod tekstem) napiszą wszystko, co każe im redakcyjna władza. Ci nowi są bardziej spolegliwi, bo mniej umieją. Nie zawsze potrafią ocenić skutki swoich artykułów i dlatego muszą podlegać większej kontroli odgórnej. Ba – nawet chcą takiej kontroli, aby nie wylądować w sądzie po kolejnej publikacji.


Sytuacja rysuje się zatem niewesoło. W gazetach piszą niedobitki fachowców i ogromne rzesze świeżo upieczonych „pań i panów redaktorów”. Obie grupy w jakimś stopniu ze sobą konkurują. Wymarzona wolna prasa staje się areną walki szczurów, na której czytelnik jest nieważny. Pozostaje tylko i wyłącznie targetem, który może kupić (lub nie) produkt w postaci gazety.


Jaki to produkt? Kiepski cukierek w pięknym papierku. Dla zachęty do gazety dołącza się torebkę lub płytę z muzyką ludową. Gdzie w tym fajansiarstwie podziała się misja? Ja jej znaleźć nie potrafię…


Przechodząc do istoty, czyli pytania zawartego w tytule. Ze swoją ostatnią redakcją pożegnałem się dość burzliwie – nie podpisałem obniżającej moje dochody niemal o połowę nowej umowy o pracę. Nie przyjąłem też kilku ofert pracy w innych redakcjach. Nie dlatego, że uważam się za wielką gwiazdę. W imię szacunku dla porządnej, prawdziwie dziennikarskiej pracy. Jeżeli dziś artykuł o człowieku sukcesu, o czymś pozytywnym przegrywa w przedbiegach z opisem masakry, to czy ja muszę w tym cyrku uczestniczyć? Nie jestem cyrkowcem…


Jeżeli dzisiejsi zarządcy redakcji (bo przecież nie redaktorzy!) świadomie łamią prawa autorskie, kodeksy etyczne zawodu czy wreszcie prawo prasowe wobec dziennikarzy – czy jest to jeszcze dziennikarstwo w rozumieniu Kapuścińskiego? Czy jeżeli wydrukowany w gazecie tekst tylko nazwiskiem autora przypomina oryginał (czyli materiał złożony w redakcji przez autora) – czy jest to jeszcze artykuł prasowy? Czy jeżeli w wielu redakcjach panuje mobbing, łamie się prawa pracownicze, nie szanuje autorów – czy to „coś” można jeszcze nazwać redakcją?!


Zerwałem z etatowym dziennikarstwem. Ukończyłem kilka unijnych kursów, obecnie pracuję z ludźmi niewidomymi jako animator. W dziennikarstwie świadomie przeszedłem na pozycję wolnego strzelca. Piszę do kilku tytułów i tylko to, co naprawdę chcę napisać. Tak jest uczciwiej wobec Czytelnika (nie targetu).


Z właścicielem tej strony, Tomkiem Czuba, znaliśmy się, razem pracowaliśmy wiele lat temu w „Super Expressie”. Wzajemnie się szanowaliśmy – i to chyba najważniejsze. Poprosił, abym zaczął pisać na Jego stronę. Wyjaśniał, że nie chodzi mu o biznes. Dla niego taki kącik to kolejne miejsce przekazu nieskrępowanej, wolnej myśli. Myśli wolnej od nakazów i zakazów, od mody i zmiennych gustów, od politykierstwa i tandety. Spodobała mi się ta wizja. Powiedzmy jasno – ani Tomek nie wypłaca żadnych honorariów, ani ja nie płacę za miejsce na serwerze. Piszę, bo mam taką potrzebę. On zamieszcza te teksty, bo są dla niego istotne. Jeżeli znajdzie się jeszcze kilka osób, które zareagują, jak Tomek – to już będzie olbrzymi sukces.


Ktoś pewnie zarzuci mi czarnowidztwo i minimalizm. Powie, że przemawia przeze mnie gorycz. Myślę, że potrafię obserwować i oceniać realnie sytuację, wcale też nie czuję się przegranym. Mam prawo do swoich osądów, nie mam przy tym patentu na nieomylność. Dla mnie jednak dzisiejsze dziennikarstwo prasowe stało się wielkim cyrkiem emocji na sprzedaż, w którym kiepscy, źle opłacani kuglarze starają się zadziwić coraz bardziej znudzonych widzów. Ja już wolę stanąć obok tego cyrku i skrobnąć coś od czasu do czasu gęsim piórem… Cały czas z tą złudną nadzieją, że kiedyś cyrk zamieni się w teatr i będą tam grane, oprócz komedii, także bardziej ambitne sztuki…


Grzegorz Dudziński

powrót do menu

blog comments powered by Disqus

Rezerwacja pokoi hotelowych On Line

Reklama

Mapy papierowe drogowe i turystyczne, z-card, mini mapy

Popularne branże

Najpopularniejsze tagi